człowiek z żelaza

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni
Dzisiaj milicja użyła broni.
Dzielnieśmy stali, celnie rzucali.
Janek Wiśniewski padł.

Na drzwiach ponieśli go Świętojańską
Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom.
Chłopcy stoczniowcy – pomścijcie druha.
Janek Wiśniewski padł.

Lecą petardy, ścielą się gazy
Na robotników sypią się razy.
Padają dzieci, starcy, kobiety.
Janek Wiśniewski padł.

Jeden zraniony, drugi zabity
Krew się polała, grudniowym świtem.
To władza strzela do robotników
Janek Wiśniewski padł.

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska
Idźcie do domu, skończona walka.
Świat się dowiedział, nic nie powiedział.
Janek Wiśniewski padł.

Nie płaczcie matki, to nie na darmo
Nad stocznią sztandar z czerwoną kokardą.
Za chleb i wolność i  nową Polskę.
Janek Wiśniewski padł.

LAF

   W czym tkwi magia Kina? W przesuwającym się obrazie? Widzę ludzi uciekających z pierwszego pokazu widzących na ekranie pociąg wieżdzający na nich. Strach i panika. Teraz wiemy, że to nieprawda, jednak dajemy ponieść się emocjom o odlatujemy gdzieś do swojej „Nibylandii”. Dla mnie magia kina jest ściśle związana z mrokiem, z ciemnością. Wchodzę do sali świat wydaje się taki przytłaczający, nagle wyłączają wszystkie światła, zapada całkowity zmrok, wtedy z ekranu zaczynają płynąć pierwsze kadry. Ciemność nie jest już totalna, panuje pewien półmrok, taka niby przestrzeń łącząca świat realny z magicznym. Podczas tej magii wszystko staje się lepsze. Wszystkie kobiety nagle stają się piękne, setki księżniczek. Pięknych, zgrabnych i powabnych. Wystarczy już tylko odpłynąć i dać ponieść się emocjom wywoływanym przez płynące z ekranu obrazy. Jak ja lubię tą kinową ciemność.

   Małe festiwale filmowe mają swoje plusy i minusy. Dla mnie minusem Zwierzynieckiego LAF-u był brak sal kinowych. Adaptacja sal szkolnych nie jest zawsze dobrym rozwiązaniem. Taki maraton musi być wykańczający, im lepszy film tym gorzej. Duża frekwencja zapewniona i nie mamy, czym oddychać. W ten sposób cały mokry wyszedłem po Kawie i papierosach. Obsada wyśmienita. Słyszałem już, co nie, co wcześniej o tym filmie, ale nie znałem obsady. Takim moim zboczeniem jest chodzenie w ciemno do kina, musi mi wystarczyć tytuł. Taka swoista ruletka. Czyli nie znam obsady, czytam a tu zjawia się nie wiem skąd Iggy Pop. Czytam dalej napisy, patrzę same gwiazdy. Dobra czekam na Iggi’ego zobaczmy, kogo zagra. Nie ma sensu opisywać filmu i oceniać go tym zajmują się jacyś dziwni ludzie, którzy twierdzą, że znają się na kinie. Może jest w tym jakiś sens. Z jednymi krytykami się zgadzamy z innymi nie i świat kręci się dalej.

   Był straszny upał w tym Dzięciole. Kino Dzięcioł to taka większa sala przy Technikum Drzewnym w Zwierzyńcu. Po zamknięciu okien i drzwi robi się wielka sauna, w której jest pewnie ponad 100 osób. To była największa sauna, w jakiej byłem do tej pory. Wcześniejszy rekord to bodajże 4 osoby. Nie pisze o filmie. Mam nadzieję, że nie będę miał sobie tego za złe za 40 lat. Tymi zapiskami przypomniałbym sobie treść filmu. Tylko czy za 40 lat to będzie ważne. Czy nie ważniejsze będą wspomnienia innego typu, właśnie ta sauna, to, że nie widzisz ekranu i prężysz się na wszystkie strony by zobaczyć tłumaczenie. Plus, znam trochę angielski i nie zawsze muszę czytać napisy. Bardzo dobrze było na Dilerze (Dealer) tam 95% tekstu rozumiałem. Wracam jeszcze na chwilę do tego Dzięcioła. Miałem już super metę. Nikt przede mną nie siedzi. Zaczyna się film i jak grom z jasnego nieba dwa wolne krzesła przed mymi oczami zostają zajęte, co powoduje całkowite zerwanie transmisji pomiędzy ekranem a moimi oczami. Co robić przechylam głowę, pewnie w ten sposób komuś zasłaniam? Cisza, czyli jakoś tam z tyłu dają sobie radę. No fajnie po 15 minutach zaczyna mnie boleć kark. Tak cierpieć dla sztuki.J Ha, wiedzę, że ona jak i jej facet mają również problemy z widocznością, bo kręcą się niemiłosiernie. Ona nie wytrzymuje i przesiada się jedno krzesło w lewo. Ja głowa w prawo, 15 minut i prawa strona karku drętwieje. Dam rade, bądź twardy. O)na ze swym facetem, który by the way teraz usiadł tak, że przerwał mi widoczność na prawej flance. Zostaje mi tylko jakiś mały klin między ich głowami, walczę dalej. W końcu para daje za wygraną dopadło ich zmęczenie wywołane temperaturą pomieszczenia, ha myślę sobie zwycięstwo. Wycofali się na bardziej przewiewne miejsce, w co „gorąco” wątpię gdyż tam wszędzie musiał być upał. Radość ze zwycięstwa była krótka, masa chętnych, którzy stoją już 30 minut pod ścianą zajmie z wielką ochotą ich miejsca. Jak pomyślałem tak też się stało. Nowa para była jakaś mniejsza, problem sztywniejącego karku został na jakiś czas zażegnany. W ten o to sposób widoczność poprawiła się o, tyle, że widziałem 95% ekranu. To było bardzo wiele. Widziałem falujące głowy w poszukiwaniach tekstu. Z tymi językami nie jest najlepiej. Myślałem, że na taką akademię zjedzie kwiat inteligencji. Najlepsza młodzież. Szukająca kultury, znająca języki. Ja miałem być tylko tym głupim i mało zdolnym szczeniakiem potwierdzającym regułę.

   Wracając do tego Dealer’a. Kino Skarb. Jedyne normalne kino w Zwierzyńcu. Słowo normalność dla człowieka z Wawy w ogromnym „”. Jednak lepsze to niż szkoła. Nie ma, co wybrzydzać. Jesteśmy tu dla filmów, atmosfery nie dla sal kinowych. Niezaprzeczalny plus filmu (a raczej sali kinowej) był taki, że napisy były w dwóch językach. Polski na tyle nisko, że widziałem pojedyncze polskie słowa lub tylko sylaby i to tylko od czasu do czasu. Główne napisy były u dołu ekranu (jednak o wiele wyżej niż polskie) po angielsku. Bomba potrenuje jeszcze angielski na LAF’ie. Wyjątkowa sytuacja, scena w szpitalu, w której przepadłem. Kto by znał takie słówka w innym języku jak lewatywa? Nie to było najgorsze (a może i to). Lewatywa to pewnie nic miłego, obym nie doświadczył. W każdym bądź razie słówka ze szpitala były zabójcze dla mnie. W ojczystym języku nie widziałem za bardzo, o co chodzi, jak mam, więc zapamiętać te słowa w obcym języku. Poruszająca w tym wszystkim była bajka, którą usłyszał diler od dziadka, który przysiadł się do niego w parku.

Bajka o ogrodniku. Postaram się oddać jej treść. Był sobie król. Odtwarzam to z anglojęzycznej wersji, więc może być różnie. Był sobie ten król, który po bardzo sytym obiedzie poszedł na spacer po ogrodzie. Wtem pojawił się ogrodnik. Powiedział. Panie nie chcę Ci przeszkadzać w spacerze po ogrodzie. Służyłem Ci wiele lat i proszę ten jedyny raz, wysłuchaj swego sługi. Król się zgodził. Ogrodnik rozpoczął opowieść. Wczoraj w ogrodzie spotkałem śmierć, podniosła rękę i powiedziała, że przyjdzie jutro po mnie. Panie proszę Cię o najszybszego rumaka bym mógł uciec śmierci. Król zgodził się i podarował słudze najszybszego konia w królestwie, który poniósł ogrodnika do najodleglejszego miasta by mógł tam wmieszać się w tłum i umknąć w ten sposób śmierci. Kolejnego dnia Król ponownie wybrał się na spacer do ogrodu. Tym razem to on spotkał śmierć. Spytał jej, dlaczego straszy opiekuna jego ogrodu. Śmierć odpowiedziała. Ja nikogo nie straszyłam. Widząc twego ogrodnika podniosłam rękę ze zdziwienia i pomyślałam, co robi tu jeszcze ten człowiek skoro jesteśmy umówieni  jutro w bardzo odległym mieście.

   Miałem jeszcze obejrzeć „Trzy pokoje melancholii, niestety kopia nie dojechała na czas i dali nam coś w stylu dokumentu „Brasiliana – muzyka słońca”. Film o „choro”. Połączenie różnych stylów muzycznych od samby po jazz. Bardzo upraszczając. Ma to dać stricte brazylijskie brzmienie. Długo by o tym pisać. Muzyka jest porywająca i warto ją usłyszeć. Jest inna niż wszystko, co wcześniej słyszałem. W tym filmie zobaczyłem, dlaczego Brazylijczycy są i pewnie będą jeszcze długo najlepszymi piłkarzami. Co ci muzycy wyprawiali z piłką było niewiarygodne. Nie widziałem byśmy na podwórku robili takie rzeczy. Oni nie są żadnymi zawodowymi sportowcami to muzycy. Wszyscy jak jeden mąż mają genialną technikę. Robią z piłką, co chcą. Techniki się nie zapomina czy się jest po 40, czy 50.

Powstanie

Pałacyk, Michla, Żytania, Wola,

bronią ich Chłopcy od „Parasola”,

co na Tygrysy mają „visy”

to warszawiaki, fajne urwisy są!

 

   Początek Powstania, dlatego jeszcze wesoło. Przynajmniej w piosence było optymistycznie. Chroniczny brak amunicji. Wydany rozkaz przejścia do działań obronnych, a dokonywanie działań zaczepnych tylko w przypadkach ważnych taktycznie. Jest trzeci dzień Powstania..

   Odkąd pamiętam, gdy przychodzi rocznica Powstania, to każdego dnia jego trwania zawsze o nim myślę. Gdy byłem dzieckiem było to bardziej naiwne, co ja tam mogłem wiedzieć, nic. Byłem tylko przesiąknięty bohaterstwem ludzi i starałem się nie stracić żadnego z tych dni aż do momentu kapitulacji, i gdy nagle nadchodziła jesień, październik uzmysławiałem sobie, że to koniec i jak można było tak długo wytrzymać? Reszta to długa opowieść i nie ma, co się rozwodzić.

W każdym bądź razie mam teraz prawie 26 lat i co sobie myślę. Kiedyś podejście do Powstania było inne. Całkowite przeciwieństwo tego, co jest teraz bieguny się odmieniły. Nie ma miejsca na bardziej krytyczną ocenę powstania. Może nie o krytykę, bo nie ma, co się rozwodzić nad historią, ale warto zadać pytania.

Oglądam sobie TV no i co widzę. Młody człowiek w Muzeum Powstania, pytają go, co wyniósł z wizyty. Co może powiedzieć: „zostaliśmy oszukani przez Stalina?. No i jak ma być spokojny. Oby tylko on tak myślał. Niestety niewiele osób zadaje pytania dotyczące Powstania. Mogą być niewygodne, teraz, gdy jest „wolność” panuje moda na bohaterstwo i ja jej nikomu z walczących nie odmawiam. Jestem tylko ciekaw jak czuli się ludzie, gdy musieli iść bez broni do ataku na jakieś gniazdo MG34.

Polacy są bardzo szczęśliwi, gdy ktoś mówi, że Polacy zostali oszukani, że sami nic nie mogli zrobić bez pomocy z zewnątrz. Tylko, dlaczego zawsze szukamy tej pomocy. Dlaczego nie możemy sami stawić czoła przeciwnościom? Ktoś nas tego oduczył. Nagle Powstanie, które ma pokazać Sowietom, że w Polsce już jest rząd, że na nic ten ich marny PKWN w Lublinie. Nie wprowadzicie tu swoich parszywych rządów bo my mamy Stolice. Wybuchs Powstanie i co się dzieje, skamlemy o pomoc, do kogo, właśnie do tych Ruskich. Bardzo przyjemnie. no dobrze na początku Powstania tak nie było, wzywana była tylko pomoc z zachodu, tylko, że oni byli daleko. Czy widział ktoś taką operację powietrzno desantową gdzie wojska zrzuca się ponad 1000km za linią frontu? Nie liczę tu frontu wschodniego gdyż rząd na emigracji nie utrzymywał stosunków dyplomatycznych z ZSRR, więc nie można było liczyć na polityczną pomoc „czerwonego sąsiada” gdyż oba państwa nie uznawały chyba swego istnienia. Można przypomnieć jedno zdarzenie Operacja Market Garden tam zrzucona w Arnhem Brytyjska i Polska powietrzno desantowa wybita doszczętnie przez Niemców. Why, nie było zrzutów były nawet było bliżej z lotnisk we Francji czy Wielkiej Brytanii robić zrzuty z zaopatrzeniem niż do Warszawy a własne wojska były na wyciągnięcie ręki no i co się stało. O jeden most za daleko, smutne. Ja nie wiedzę możliwości sprzętowej a bardziej geograficznej dokonania zrzutu z zachodu żołnierzy Sosabowskiego. Zrzuty zaopatrzenia. Może były zbyt małe tylko jak to ocenić, jakie by nie były zawsze były by za małe. Jeżeli front ma walczyć musi mieć zaplecze, musi mieć tyły. Dlaczego więc przesuwamy winę w stronę zachodu a nie bierzemy jej na siebie? Bo my jesteśmy zawsze cacy, wszyscy inni są źli.

   Można by pisać o tym więcej może jutro dokończę, musze iść spać, bo na rano do pracy.

   Na zakończenie zdjęcie mojego bohatera z MP40. Jutro też coś więcej o Nim.